Schimscheiner: – Trzeba zabić rodzica!

Podczas półtoragodzinnej rozmowy z Tomaszem Schimscheinerem mowa była o rzeczach ważnych i błahych, śmiesznych i wywołujących zadumę. Dla tych, którzy nie mogli być wówczas z nami, przedstawiamy parę anegdot:

… o telefonach w teatrze:
Sytuacja w teatrze. Scena. Gram. Nagle dzwoni telefon w pierwszym rzędzie.  Przerywam spektakl i pytam:
– To pani telefon?
– Nie, nie mój.
Patrzy mi prosto w oczy.
– Dzwoni pani telefon – mówię.
– Nie, nie dzwoni.


– Spokojnie, niech pani odbierze.
A ona bała się strasznie. Nie odebrała. Ale wyłączyła ten telefon.
– Czy Pani na pewno wyłączyła telefon? Bo czasami one lubią się same tak włączać.
– Tak, wyłączyłam.
Zaczynam grać dalej. 20 sekund później rozlega się znajome: drr. drr. . Znowu ona.
– Nie wyłączyła pani tego telefonu.
– Nie, nie, wyłączyłam!
Ja jej pokazuję na torebkę, mówię, że nie wyłączyła, może trzeba pomóc to wyłączyć. Ona wściekła patrzy na mnie, bierze swój telefon i nagle TRACH zgniata, łamie go w pół. I ucieka z sali. Patrzę, obok siedzi jej koleżanka. Pytam:
– Proszę pani, co się stało?
– Bo pan jej kazał wyłączyć telefon, A ONA NIE ZNA PINU.

…o durnych pytaniach dziennikarzy:
Tak a propos pytań dziennikarzy: od kiedy chciał pan zostać aktorem. To Edward Lubaszenko miał świetną ripostę. Był moim profesorem w szkole teatralnej. I spytała się go pewna dziennikarka: Panie Edwardzie, od kiedy pan chciał zostać aktorem? Edward dostał to pytanie chyba 50 raz w życiu i już nie chciało mu się opowiadać tej samej historyjki. I znalazł odpowiedź:
– Proszę Pani, chciałem zostać aktorem już jako plemnik.

… banalna historia o zostaniu aktorem:
Byłem okropnym maminsynkiem. W szkole podstawowej okazało się, że umiem ładnie się wypowiadać i mam ładny głos. Głośno i wyraźnie. Mama mnie od tamtej pory też bardzo w domu ćwiczyła – wolniej, głośniej, wyraźniej! W liceum byłem paskudnie krnąbrny i okropnie złośliwy – jako że byłem zawsze najmłodszy chciałem zwrócić na siebie uwagę. A moja siostra już była wtedy uzdolnioną recytatorką i poważnie myślała o szkole teatralnej.  Chodziła na dodatkowe zajęcia i przygotowywała się u profesjonalnej aktorki. To pomyślałem sobie: o nie! Ona ma takie zainteresowania i rodzice jej w tym pomagają? To ja, na złość, postanowiłem, że dostanę się do szkoły teatralnej. I się dostałem.
I teraz pytanie: wiem, że aktorstwo to moja pasja… ale pasja wynikająca ze złośliwości wobec siostry? Nie wiem. Ale jedno jest pewne, bez tego nie potrafiłbym żyć.

…o dziecku w sobie:
Dzieci są wolne. Mają zachowanie pierwsze, pierwotne, Zachwyt, złość, radość, smutek – wszystkie emocje na 100%. Prawdziwa sympatia, prawdziwa niechęć.  I zastanawiam się, kiedy my to dziecko w sobie zabijamy – tę ciekawość spotkania, ciekawość dotknięcia, poznania nowej rzeczy. One nie mają żadnych oporów. Ale, na przykład, u mojej córeczki Adelki, która ma dopiero 6 lat, już widać sytuacje, w których się krępuje. Skąd to się bierze? Mówisz o konwenansach społecznych, ale dlaczego tak się dzieje?  Czy jest to kwestia telewizji? Nie, kolega wychowuje dzieci bez telewizji, radykalnie wyrzucił telewizor. I co?  U jego dzieci też pojawia się z wiekiem to ograniczenie. Może przynoszą z przedszkola, ze szkoły? Nie wiem.
Nie fajnie jest, jak sobie podamy rękę? Jak się przytulimy na dzień dobry? Dlaczego mamy udawać, że coś się nie dzieje, jak się dzieje? To jest świetne, twórcze, ale czasami niebezpieczne. Potrafię zniknąć z domu na parę dni. Bo poleciałem za przyjaciółmi na przykład. To jest szaleństwo.

 ….o „morderstwie”:
Miałem poprowadzić wykład w szkole dla dzieciaków, o tym, jak bardzo fajnie być aktorem. I padło pytanie: co robić, żeby robić to, co się chce, co jest twoją pasją? A ja palnąłem: trzeba zabić rodzica.
Boże, co tam się stało. Dzieciaki – szczęki na ziemi, panie wychowawczynie to samo.
Podświadomie wyleciało ze mnie coś, co sam zrobiłem. Ja też zrobiłem taki ołtarzyk, pogrzeb symboliczny rodzica w sobie. Wiecie, o co chodzi. A wtedy dla tych dzieciaków palnąłem coś takiego. Potem dostałem telefon od kolegi, którego dziecko było w tej szkole. I krzyczy na mnie, co ja naopowiadałem, że młody chce własnego ojca  zabić!
Uczenie…Wiecie, jaka to odpowiedzialność?

… o mamie:
Moja mama zawsze chciała, żebym był najfajniejszy, najmądrzejszy, najpiękniejszy. Stawiała mnie na ołtarzyku. Ale okazało się ze Tomuś nie jest najfajniejszy, są fajniejsze dzieci, są lepsi ludzie. Może nie lepsi, ale inni. Co to znaczy, że ja jestem najlepszy? Jestem po prostu inny od innych. A moja mama: jesteś najpiękniejszym chłopcem, najszybciej biegasz, najładniej mówisz. I potem masz poczucie, że jesteś wspaniały. Idę do szkoły i rzeczywistość robi bum od razu. Okazuje się, że nie jestem wcale najlepszy i następuje  konflikt wewnętrzny z mamą. Kocham moją mamę, jest moim cudem, uwielbiam ją, ale w coś mnie wpakowała niedobrego. Byłem wściekły na rodziców – byli moimi idolami, a rzeczywistość okazała się całkowicie inna.

…o rozgrzebywaniu człowieka:
W szkole teatralnej doszło do otwarcia człowieka.  Rozgrzebania go w środku i uświadomienia, co jest nie tak i z czym SAM sobie musi poradzić, coś naprawić. Jak u psychologa, muszę to ponazywać i po kolei pozałatwiać sprawy. Ale wiecie co? Tak naprawdę to mi się udało dopiero, jak miałem może 35 lat…  Pozałatwiałem większość tych spraw, a ile w międzyczasie kolejnych się nawarstwiło!

…o rodzinie ze szkoły:
Mamy bardzo wyjątkową rzecz z ludźmi ze szkoły teatralnej. Skończyłem szkołę w 1989 roku. Mieliśmy teraz 25-lecie rozpoczęcia nauki w PWST. Jesteśmy chyba jedynym rokiem w historii szkół teatralnych, który spotyka się regularnie, co pół roku. Do tej pory. Wiadomo, czasami się zdarzają wypadki, wyjątki, ale generalnie od 30 lat spotykamy się. Mamy wyjątkowy rok, tak jak mówiłaś, jesteśmy  rodziną. Patologiczną, ale rodziną. Żyć bez siebie nie możemy. Może to dlatego, że my wszyscy byliśmy jacyś tacy pogubieni? Mieliśmy siłę w tym, że jesteśmy razem?  Że tu nam krzywdy nie zrobią? Nie wiem. Pytałaś o wyścig szczurów – to tam mnie coś takiego nie dotknęło. W szkole nie, on się zaczyna potem.

…o tym co było po:
Po szkole nie było tak znowu ciężko. Teraz dzieciaki mają strasznie ciężko. Wtedy w teatrach były miejsca. Przychodził dyrektor na spektakl dyplomowy i wybierał:  „o ten, chciałbym, żeby grał u mnie na etacie”. Reżyser naszego dyplomu, Bohdan Hussakowski, dyrektor Jaracza  w Łodzi, zabrał z naszego roku  sześcioro absolwentów. Dzisiaj tak nie ma. Bo my tak tutaj mówimy, że kiedyś było fajniej, kiedyś było lepiej. Nie, było po prostu inaczej. My się jakoś dziwnie usprawiedliwiamy. Dzisiejsze wypadki usprawiedliwiamy łatwością przeszłości.

…o własnym celebryctwie:
Nie lubię gadać o pierdołach. Boję się takich spotkań. Strasznie mnie wkurza celebryctwo, ale stałem się celebrytą.  Z własnej woli, zgodziłem się na to, spróbowałem, nie smakuje mi, nie idę tą drogą.
Byłem na spotkaniu z pewnym aktorem– gigantem teatru, ikoną. I było to spotkanie z publicznością na którym… runął mi mit. Widziałem człowieka, który kąpie się w własnym ego. Ja – ja – ja. Wskazówka, żeby unikać czegoś takiego. Mimo swojego niezaprzeczalnego formatu, jest człowiekiem bez dystansu do siebie. Ale to myśmy go takim zrobili. Ach, panie Aktorze, ach… jest pan wielki, wspaniały. Pozwoliliśmy na to. On oczywiście nie jest bez winy. My powiedzieliśmy: jaki pan jest piękny, najlepszy, jak pan wspaniale gra, śpiewa, proszę, ależ proszę wejść bez kolejki. Podałem ten przykład, żebyśmy się nie dali bezsensownie, bezmyślnie uwodzić.
Spisała Karolina Żurowska